Cytat na dziś:
Motto rodzicielskie zmiennokształtnych, – jeśli twoje dziecko poderżnie komuś
gardło, zawsze mamy plan awaryjny, sprawimy żeby ciało zniknęło
~`~
Tym razem, jakakolwiek próba ujarzmienia złości, a raczej wściekłości nie byłaby skuteczna. I stało się. Po raz kolejny znokautowałam moją kochana "koleżankę" z klasy. Nie musiała mnie prowokować. Sama naraziła się drwiąc ze mnie podczas wychowania fizycznego. Nic na to nie poradzę, że nie umiem się integrować w grupie. Oczywiście rada szkolna jak zwykle była po stronie tej niedorobionej laluni. Swoją drogą przydało jej się tych parę dodatkowych siniaków. Chociaż nie wiem, czy było to warte poświęcenia czterech godzin na pracach roboczych.
Szłam opustoszałymi ulicami miasta zirytowana niesprawiedliwością tego nędznego świata. Błyskotliwość umysłów pracowników szkoły mnie przeraża. Byłam wyjątkowo wkurzona, toteż wszystko, co w obecnej chwili pojawiło się na mojej drodze, dostawało darmowego kopa. Na szczęście nic żywego nie pokusiło się, by wpaść bod moje nogi i nie udzieliło mi łaski wykorzystania go jako worka treningowego.
Nie dziwię się.
Pobieżnie mogłabym się wydawać zwykłą, zwariowaną nastolatką. Słowo pobieżnie, pasuje tu jak ulał. Impulsywność i podejrzliwe nastawienie do otoczenia, to były moje podstawowe cechy, przynajmniej, jeśli chodzi o nieznajomych i osoby mniej lubiane. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Moja drobna budowa komponowała się z gibkością i refleksem, wyrobionym w ciągu jedenastu lat treningu Karate. Udało mi się nawet zdobyć czarny pas. To była idealna możliwość, by się na kimś wyżyć. Najbardziej w swoim wyglądzie, lubiłam duże, zielone tęczówki, z domieszką niebieskiego pigmentu przy źrenicy i długie, lekko falowane, brązowe włosy.
Właśnie przygotowywałam się do kopnięcia puszki, która napatoczyła mi się pod nogi, gdy poczułam, że jakieś silne ramiona wciągają mnie w krzaki. Cholera. Dzisiaj chyba przebiłam swój rekord pakowania się w różne, dziwne sytuacje. I chyba właśnie zostałam porwana. Czasem mam ochotę nie wychodzić z domu. Na szczęście nie należałam do osób, które od razu wpadają w panikę i drą się, jakby były obdzierane ze skóry. Najdziwniejsze jest to, że najczęściej nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. Jakoś wcale mnie to nie przerażało.
Wymierzyłam precyzyjny cios w kolano napastnika. Syknął z bólu i rozluźnił uścisk. Wykorzystałam to i już po chwili przybrałam pozę obronną w bezpiecznej odległości od nieznajomego.
Mężczyzna - wyglądał na około osiemnaście lat. Przyjrzałam mu się uważnie. Posiadał dobrze zbudowaną sylwetkę i około metr osiemdziesiąt pięć wzrostu. Był bardzo wysoki w porównaniu z moimi marnymi stu sześćdziesięcioma centymetrami. Przeniosłam wzrok na jego twarz. Charakteryzował się stosunkowo ostrymi rysami twarzy, ale nie powiem, był przystojny. Uroku dodawały mu niebieskie, niemalże granatowe tęczówki i krótko przycięte, czarne włosy. Patrzył na mnie z lekko ironicznym uśmieszkiem na wąskich ustach.
- Zamierzasz się teraz na mnie wyżywać?- Powiedział, a w jego oczach pojawił się błysk rozbawienia
Pewny siebie kretyn. Nie dobrze.
-Właśnie rozważałam możliwość połamania ci kości.- Odparłam oschle.
Aż mnie kusiło. - Śledziłeś mnie?- To pytanie było aż nazbyt oczywiste. Spojrzał na mnie tajemniczo, aczkolwiek stanowczo.
-To mało istotne. Nazywasz się Raylen?- Pff.. skoro zna moje imię to odpowiedź jest twierdząca.
-Jeśli tak, to co?- odparłam podejrzliwie.
-A wiec, tak. Opisywano mi ciebie inaczej.- Stwierdził po chwili, podczas której bezczelnie lustrował mnie wzrokiem.
-Widać miałeś słabego mentora- Odgryzłam się zakładając ręce na piersiach.- Okej, wygrałeś, jestem Raylen. Może teraz i ty się łaskawie przedstawisz?- Uniosłam znacząco brew. Głupio się czułam ze świadomością tego, że ktoś wie o mnie wszystko, a ja o nim nic. Dobra, trochę wyolbrzymiłam.
- Brian. Myślałem, że będziesz trochę starsza. - Uśmiechnął się do mnie zadziornie. A kogo oczekiwał? Słaniającej się na nogach osiemdziesięciolatki? Postanowiłam nie wypowiadać tego na głos. Nie chciałam umierać w wieku piętnastu lat!
-To źle myślałeś. Oczekuję wyjaśnień. Co miałeś na celu, przerwywając mój spacer? - Dobra, może to nie był spacer. Śpieszyłam się do domu, to chyba oczywiste, jeśli wraca się kilka godzin później niż się przewidywało i to nie z powodów rozrywkowych.
- To czysto zlecony powód.- Uciął. Zmrużyłam oczy. -Nie można trochę jaśniej?- Dopytywałam się. Kto był aż tak zainteresowany moją osobą, że zlecił... erm? Porywacz raczej nie ucinałby ze mną miłych pogaduszek. Dobra, załóżmy, że zlecił porwanie mojej skromnej osoby, ale po co? Nie ma we mnie nic wyjątkowego, pomijając naprawdę okazałą kolekcje siniaków.
- Tak w skrócie. Jesteś Nam potrzebna. Mówiąc nam, mam na myśli GOM, czyli Gwardię Ochrony Magii. - Wytłumaczył mi takim tonem, jakby mówił do małego dziecka. Powstrzymałam się od kąśliwej uwagi. Cóż to wiele wyjaśnia. Ale do cholery jakiej magii.
-Aha.- Czasem mam ochotę się zabić, myśląc o swoim bardzo rozbudowanym słownictwie.
Wyszczerzył się do mnie. Najprawdopodobniej wziął mnie za jakąś nieudolną idiotkę. Wprost przecudnie. - Z magią mam tyle wspólnego co wół z karetą, czyli nic.- Dodałam po krótkim zastanowieniu. Parsknął śmiechem. Czy ja naprawdę jestem aż tak śmieszna? No tak. Niedorośnięta nastolatka pyskująca wszystkim wkoło, nie zważając na ich rangę.
-Masz dużo więcej wspólnego, niż mogłoby ci się wydawać. A teraz wybacz, ale muszę cie zaprowadzić do Waddela.
-Chwila chwila. Nie sądzisz chyba, że z tobą pójdę? - To byłoby czyste samobójstwo, ale swoją drogą byłam ciekawa co ten niejaki Waddel mógłby ode mnie chcieć.
-Nie masz wyboru.
Skąd ja wiedziałam, że akurat wypowie te słowa?
-Okej, ale później odstawisz mnie bezpiecznie na miejsce. - Powiedziałam. Miałam nadzieję, że to nie jest żadna pułapka. Spojrzałam na niego niepewnie, co rzadko mi się zdarzało. Uśmiechnął się wesoło i złapał mnie za rękę. Coś czuję, że ten chłopak autentycznie chce mi się narazić. Pociągnął mnie w stronę granatowego kabrioletu.
Ehh.. w co ja się pakuje.
Wsiadłam do samochodu i zapięłam pas. Mam wrażenie, że będę tego żałować. Większość drogi przebyliśmy w milczeniu, mimo iż na moje usta cisnęło się wiele pytań. Może niektóre z nich były bzdurne, ale niezastąpione do zaspokojenia mojej wilczej ciekawości. Wszystko stało pod znakiem zapytania. Spojrzałam na tarcze zegarka. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Na moją twarz wypłyną nieznaczny grymas.
-Brian? - Spojrzał na mnie kątem oka, główną uwagę skupiając na drodze.
-Yhm?- Wymruczał po chwili odwracając głowę w moja stronę.-Dlaczego władze GOM-u chcę się ze mną spotkać?- Spytałam dobierając słowa. Uśmiechnął się nieznacznie kącikiem ust.
-Jakby to najprościej ująć... gwardia ma duże zapotrzebowanie na młode pokolenie.
-I ja jestem tym młodym pokoleniem, tak?
Raylen- mistrzyni od zadawania głupich pytań.
-Po części. Najpierw musisz skończyć akademie bu opanować moce.- Spojrzałam na niego jak na idiotę.
Ja - moce, moce - ja.
-I że niby ja mam jakąś moc? - prychnęłam. To absurdalne. Przecież ja nawet nie potrafię utrzymać nerwów na wodzy.
-Dokładnie. Nawet nie wiesz jak dużą.
-Chyba sobie żartujesz. - Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem w oczach. Dostrzegłam w jego tęczówkach błysk rozbawienia. Znowu.
-GOM nauczy cię z nich korzystać, ale minie kilka lat, zanim opanujesz je do końca. Waddel nie wie jeszcze konkretnie w czym się specjalizujesz, ale to tylko kwestia czasu.
Zabrzmiało poważnie. I dziwnie.
- A więc ja mam specjalizacje! Dobra, teraz tak na serio. O co w tym wszystkim chodzi?
Nie wierzyłam w te bzdurne bajeczki. Może jeszcze zaraz się dowiem, że Baba-Jaga istnieje, a ja jestem Sierotką Marysią. Brian Wywrócił oczami i przeczesał palcami włosy.
-Ja mówię to całkiem serio. - Skręciliśmy na parking i zatrzymaliśmy się przed wysokim budynkiem. Miał około trzydzieści pięter, przy tym w każdym pojedynczym oknie paliło się światło, w połączeniu z barwnymi neonami, dając ciekawy efekt drzewka bożonarodzeniowego. Wysiadłam z auta i razem z moim "towarzyszem" weszłam do środka. Na początku korytarza minęliśmy ochronę. Czułam się trochę nieswojo w nowych miejscach. Nadal się sobie dziwie, że dałam się tu zaciągnąć. Zmuszenie mnie do czegokolwiek graniczyło z cudem. Wjechaliśmy windą na najwyższe piętro.
-.Może ten nudziarz cię przekona. Będę tu na ciebie czekał.- Popatrzyłam na chłopaka ze zdziwieniem.
-Chyba mnie nie zamierzasz tam zostawić samej!- Oburzyłam się.
-Miałem za zadanie dostarczyć cię do siedziby gwardii. Reszta, to już nie moja działka.
Poklepał mnie pokrzepiająco po ramieniu i wepchnął do pokoju, znajdującego się na końcu korytarza. Wyprostowałam się i przybrałam poważną minę. Znalazłam się w okrągłym biurze. Ściany miały złocistą barwę, a meble wykonano w stylu wieku XVIII - o kolorystyce głównie jasnobrązowej. Szef GOM-u nie wyróżniał się zbytnio urodą. Był to mężczyzna w średnim wieku, z lekko siwiejącą czupryną. Nie należał do ludzi "oszczędnych w jedzeniu", to też nie brakowało mu tłuszczyku. Miał na sobie ściśle dopasowany, czarny garnitur. Podniósł głowę znad papierów i uśmiechnął się sztucznie.
-Witam pannę Raylen!- Powiedział aż nad entuzjastycznie. Na mojej twarzy pojawił się jedynie grymas, którego w żadnym stopniu nie można było nazwać uśmiechem
-Ja też pana witam, panie Waddel. - Odparłam oschle. - Może pan mi wyjaśni po co mnie tu ściągnięto?- Zapytałam. Nie lubiłam owijać w bawełnę.
Popatrzył na mnie i powiedział aż nazbyt przymilnie. Coś czuję, że jakiekolwiek spotkania z tym człowiekiem, nie będą należeć do moich ulubionych.
- Brian ci nie powiedział? - Już chciałam powiedzieć, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie, ale w porę ugryzłam się w język.
- Mówił coś o mocach i specjalizacjach.- Rzuciłam starając się, aby zabrzmiało to swobodnie.
-Ahh.. A ty już wiesz w czym się specjalizujesz?
W tej chwili miałam nieodpartą ochotę użyć prawego sierpowego, by zmyć z jego twarzy ten fałszywy uśmieszek.
-Nie. Może pan mi to powie?- Za wszelka cenę chciałam być uprzejma. W końcu nie miałam żadnej pewności, że po tym wszystkim dotrę bezpiecznie do domu.
-Może zacznę od początku. Ta organizacja ma na celu odkrywanie nowych talentów magicznych i ich rozwijanie. Ludzie, którzy kończą jedną z naszych akademii, są w pełni wyszkoleni i gotowi do walki. Jesteś jedną z takich osób. Czytnik mocy, wykazuje u ciebie bardzo wysoki poziom magii.- Zmarszczyłam brwi. - Czy potrafisz się w coś zmienić? - No jasne, w żądną krwi bestię, to moje drugie ja. Koniec z ironią.
- Nigdy nie próbowałam.
To akurat było zgodne z prawdą.
-Może zrobisz to teraz? - Prychnęłam cicho.
-A mogę wiedzieć jak mam się do tego w ogóle zabrać? - Na pewno mieli jakieś szczegółowe informacje na ten temat. Może ustanę, powiem " chce się zmienić w myszkę" i czar zadziała? - wątpię.
-Skup się uważnie na postaci którą chcesz przyjąć i spróbuj przywołać moc.
Okej, zawsze mogę spróbować. Zamknęłam oczy. Pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi do głowy, była puma. Skupiłam się uważnie na jej wyglądzie. Czyli jeden warunek spełniony. ale jak do cholery przywołać magię? Spróbowałam "wyciągnąć ją" z otoczenia. Po chwili poczułam, że moje ciało zaczyna się zmieniać. Zaczęłam panikować, jednak nie pozwoliłam sobie ulec nerwom i nadal miałam przed oczami obraz dużego kota. Podniosłam najpierw jedną powiekę, potem drugą.
-Wow! Niezłe, ale dziwnie się czuję.- Spróbowałam powiedzieć, jednak wyszło mi to trochę niewyraźnie. Mój głos brzmiał raczej jak warknięcie. Ja mam cztery łapy i do tego futro! Kurde, kiedyś chyba zejdę na zawał.
-Dobrze, bardzo dobrze. A teraz może coś innego? Może wilk?
A może sarenka? Przestąpiłam z łapy na łapę i ponownie zagłębiłam się w już mi znanym rytuale. Ehh... chyba kocia postać bardziej mi odpowiada. Wróciłam do normalnego wyglądu .
- To jest bardzo dziwne. - Stwierdziłam przyglądając się swoim dłoniom.
-Zależy jak na to się patrzy. Nasze spotkanie uważam za skończone. Skieruj się do pokoju 384. Brian cię zaprowadzi.- po tych słowach z powrotem zagłębił się w papierkowej robocie.
Tu też się wiele nie dowiedziałam. Wyszłam z pokoju i rozejrzałam się wkoło. Brian stał oparty o ścianę z dłońmi w kieszeniach, wpatrując się uważnie w podłogę. Cóż, ciekawe zajęcie. Chrząknęłam znacząco, chcąc zwrócić jego uwagę. Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem na ustach.
-Jak poszło? - Zapytał podchodząc do mnie.
- Dziwnie. - To słowo pasowało tu jak ulał. To było bardzo specyficzne spotkanie. Nie codziennie w końcu się dowiaduje, że jest się zmiennokształtnym.
-Jak to dziwnie?
-Normalnie. Mam teraz iść do pokoju 384. - Odparłam. - Cały dzisiejszy dzień jest dziwny. Mam wrażenie, że to tylko sen i zaraz się obudzę, tylko jeszcze nie wiem, czy wolałabym, żeby to była rzeczywistość, czy fikcja. - Dodałam.
-Muszę cię zmartwić, bo to jest jak najbardziej realne.
Mam się cieszyć, czy płakać? Może w tym pokoju czegoś się dowiem. z powrotem ruszyliśmy do windy.
~`~
- Alisson, przyprowadziłem ci klienta.- Drobna blondynka spojrzała na mnie z błyskiem w oku. Miała miłe rysy twarzy. Mimo to czuję się trochę jak królik doświadczalny. Nadal miałam wrażenie, że tylko śnię, więc zbytnio nie przejmowałam się faktem, że jestem zmiennokształtną. Przedstawiłam się i czekałam na rozwój wydarzeń.
Kobieta zaprowadziła mnie do sąsiedniego pomieszczenia. W większości służyło jako magazyn broni. W równoległych rzędach stały regały wypełnione najróżniejszymi mieczami, sztyletami i tym podobnymi pierdołami. Uniosłam znacząco brew.
-Musimy ci coś wybrać...- Alisson pociągnęła mnie wzdłuż rzędu nr. 5. - Spróbuj tego. Kanak-Oręż do walki w szyku, lub w warunkach ograniczających swobodę. - wcisnęła mi do rąk około pół metrowy miecz. Niestety mój zapas sił nie był wystarczający do jego utrzymania.
- Ja go nie potrafię w rękach utrzymać, a co dopiero nim walczyć.- Zażartowałam. Tym razem podała mi broń, którą doskonale znałam z mojej ulubionej książki.
- Ta mi zbytnio nie leży. - Westchnęłam przejeżdżając palcem po klindze.
- Przyjrzyj się wszystkim uważnie i sama wybierz , ok?
No tak. Swoją wybrednością zniechęcę każdego. Zlustrowałam wzrokiem cały zasób. W oczy rzucił mi się dość długi, błyszczący miecz ze zgrabną rękojeścią. Wzięłam go i obróciłam kilka razy w dłoni. Leżał jak ulał. Spojrzałam na Alisson z zadowoleniem.
-Wybieram ten.
Uśmiechnęła się do mnie promiennie.
-Ciekawe. To jest miecz wprost stworzony do zabijania. - Powiedziała.
-Ale ja chyba nie będę zabijać, nie?- Zapytałam z nadzieją. Popatrzyła na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Głupie pytanie. Po co mi miecz, jak nie do zabijania?
-To zależy od sytuacji.
Zastanawia mnie, dlaczego wszyscy tutaj musza być tacy zagadkowi. To się stawało irytujące. Zapewne planują mnie przerobić na maszynę do zabijania. Wprost o tym marzyłam.
-Raylen, my zabijamy tylko wtedy gdy to konieczne. Nawet nie wiesz co by się stało ze światem gdybyśmy nie "panowali nad porządkiem" - Wytłumaczyła mi spokojnie.
- A co się zalicza do "pilnowania porządku"?
Tak naprawdę to nie wiem, czy na pewno chciałabym to wiedzieć.
-Wszystkiego się dowiesz, gdy zaczniesz uczęszczać do akademii.- Wtrącił Się Brian podchodząc do nas. Rzuciłam mu mordercze spojrzenie. A już było tak blisko. - Zanim to nastąpi, musisz się przenieść do Kwatery Głównej.
-Chwila, chwila, ja się nigdzie nie wybieram. Zostaje u siebie.
Mimo, iż moi rodzice zginęli w wypadku, kiedy byłam mała, posiadałam rodzinę zastępczą. Nie to, żebym była do niej jakoś szczególnie przywiązana, ale dzięki nim przecież miałam dom. W innym wypadku już dawno wylądowałabym w sierocińcu.
-Nie masz wyjścia. - Stwierdził cicho, a w jego oczach pojawił się jakby przejaw współczucia.
-Na jak długo?
-Na zawsze.
Nie! Nie! Nie! Na to się nie mogę zgodzić. Przecież kiedyś muszę skończyć tą cholerną szkołę.
-Czy jak teraz zacznę protestować, to to coś da? - Dopytałam się z nadzieją w głosie. Parsknął śmiechem. -Co cię tak we mnie śmieszy? - To było naprawdę irytujące, kiedy ktoś ciągle bezczelnie się z ciebie nabija.
-Po prostu zawsze mnie zaskakujesz swoją odpowiedzią.- Rzucił kierując się w stronę wyjścia luźnym krokiem. Pożegnałam się z Alisson i pobiegłam za nim. Bez niego bym nawet nie dała rady opuścić budynku. Każde piętro to pęk korytarzy i cudem było znalezienie windy. Tylko osoba obeznana z terenem potrafiła to zrobić.
-Co ty nie powiesz. - Mruknęłam ponuro wsuwając dłonie do kieszeni jeansów. - Ty też się uczysz w tej akademii?
-Własnie ją kończę. Ostatni rok i wypłynę na tak zwaną głęboko wodę.
-A co się tam robi?- Zawsze wolałam wiedzieć w co się pakuję. Zasłużmy, że będzie tam klan wyznający miłość do "Zmierzchu", a tego bym nie przeżyła.
-Uczysz się walczyć, doskonalisz swoje umiejętności i jeszcze wiele innych rzeczy, ale to zależy od talentu. Może w końcu mi powiesz jaki masz?.
Czułam się dziwnie myśleć o swoim futerkowym problemie. To wszystko to pewnie tutaj normalka.
- Potrafię przybierać postacie różnych zwierząt. Jeszcze nie znam szczegółów. A ty?
-Ja kontroluję ogień. - Uśmiechnął się do mnie i uniósł dłoń. Nad nią pojawiła się kula ognia.
Nie no, ten to ma talent. Ja w swojej futrzastości to chyba daleko nie zajdę.
-Wow. Przykro mi, ale teraz nie przedstawię ci swoich umiejętności.- Zaśmiałam się cicho. Zjechaliśmy windą na parter i wyszliśmy z budynku.
-Ale kiedyś będziesz musiała. Od jutra zaczynasz zajęcia.- Poklepał mnie po ramieniu i wsiadł do samochodu. przez chwilę stałam w miejscu z dziwnym wyrazem twarzy.
Czyli jak narazie kolejna wizyta w domu nastąpi dopiero po nieokreślonym odcinku czasu. Może jednak schować się gdzieś i przeczekać to wszystko, a następnie wrócić do normalnej szkoły? Obecnie powinnam panikować, ale mój umysł chyba jeszcze nie przyswoił nowych wiadomości. Ocknęłam się i usiadłam na siedzeniu pasażera.
Po pierwsze: Magia istnieje. Po drugie: Umiem zmienić postać - to chyba najdziwniejsze. Po trzecie: Mam na zawsze opuścić dom. Stanowczo za dużo tego. To musi być sen.
-Brian, uszczypnij mnie.- wypaliłam nie zastanawiając się nad tym co mówię. Jak zwykle. spojrzał się na mnie dziwnie.
- Dlaczego miałbym to zrobić?
Bo ci każe kretynie. - Bo nadal twierdze, że to mi się śni, wystarczy? - Wywróciłam oczami. Faceci to kompletni debile. Wzruszył ramionami i uszczypnął mnie w przedramię. Nic.
-Cholera. to chyba faktycznie się dzieje naprawdę. Ja nie chcę tego. Czy nie mogę być normalna dziewczyną? - Powiedziałam, czując, ze jak tak dalej pójdzie, to w końcu się tu rozryczę. To będzie darmowy pokaz mazgajstwa.
-Najwyraźniej nie. Własnie wkroczyłaś w nowy rozdział życia. Każdy z nas przez to przechodził.
Ahh.. wiele mi to dało. Ale ja to ja, a nie reszta. Chyba muszę sie przespać, bo mój mózg zaraz wyparuje.
-Ale ja nie chcę! - Warknęłam.
To zabrzmiało dziecinnie.
-Nie zaczynaj znowu. - Uciął. Zatrzymaliśmy się przed moim domem. Niech zgadnę, zanim się spotkaliśmy zapewne doskonale wiedziała jak się nazywam, gdzie mieszkam, czym się interesuję... Przeraża mnie to.
-Teraz spadaj po walizki. Większość rzeczy została już przewieziona.
-Co? Jak to przewieziona? Mam ochotę rozkwasić komuś nos! - To nie dopuszczalne, że ktoś odważył się bez mojej zgody, decydować o moim życiu! - Nie chcę cię martwić, ale jesteś najbliżej pola rażenia.
-To jest ten moment, w którym powinienem umrzeć ze strachu? - Zażartował.
-Mniej więcej. - Pokazałam mu język i wysiadłam z samochodu. Całe szczęście, że wystrzegałam się przywiązywania do czegokolwiek i kogokolwiek. W innym wypadku pewnie bym teraz rozpaczała, bo chyba tak powinno być, nie? Ale kto tu powiedział, że ja żyję według ustalonego kanonu. Ale teraz przynajmniej będę mogła walczyć bez żadnych konsekwencji! Zapowiada się obiecująco.
***
Dalszy ciąg wydarzeń , będzie się ciągnął kilka lat później, dlatego też prolog taki długi. Pierwszy raz pisze opowiadanie dark fantasy, dlatego też proszę o wyrozumiałość.